Ruth Benedict

Wzory Kultury
Przełożył Jerzy Prokopiuk

SPIS TREŚCI

Nauka o zwyczajach
Różnorodność kultur
Integracja kultury
Indianie Pueblo z Nowego Meksyku
Dobu
Północno-zachodnie wybrzeże Ameryki
Istota społeczeństwa
Jednostka i wzór kultury

WSTĘP

W ciągu naszego stulecia pojawiło się i rozwinęło wiele nowych sposobów podejścia do problemów antropologii społecznej. Stara metoda konstruowania dziejów kultury ludzkiej na podstawie cząstkowych danych doświadczalnych, wyrwanych ze swych naturalnych związków i pochodzących z wszystkich epok i wszystkich części świata, straciła wiele na znaczeniu. Potem nastąpił okres gorliwych prób rekonstruowania historycznych powiązań opartych na studiach nad występowaniem szczególnych cech kultury, uzupełnionych danymi archeologicznymi. Coraz to więcej obszarów badano pod tym kątem widzenia. Próbowano ustalić trwale związki między różnymi cechami kulturowymi i korzystano z tego przy próbach uchwycenia szerszych powiązań historycznych. Zaprzeczono możliwości niezależnego rozwoju analogicznych cech kulturowych, co zawsze było postulatem ogólnej historii kultury, a w najlepszym razie możliwości tej przyznano mało istotną rolę. Zarówno metoda ewolucyjna, jak i analiza niezależnych kultur lokalnych były nastawione na odkrycie następujących po sobie kolejno form kulturowych. Podczas gdy z pomocą pierwszej spodziewano się skonstruować jednolity obraz historii kultury i cywilizacji, zwolennicy drugiej, a przynajmniej najbardziej konserwatywni spośród nich, rozpatrywali każdą kulturę jako odrębną jednostkę i jako indywidualny problem historyczny.
Intensywna analiza kultur dostarczyła silnego impulsu w kierunku nieodzownej kolekcji faktów odnoszących się do różnych form kulturowych. Zbierany w ten sposób materiał stwarzał obraz życia społecznego, które miało się jakoby składać ze ściśle wyodrębnionych kategorii, jak życie gospodarcze, technologia, sztuka, organizacja społeczna, religia itp., natomiast trudno było znaleźć łączącą je więź. Postawa antropologa przypominała postawę wyśmianą już przez Goethego:
Gdy poznać i opisać chce się coś żywego,
To naprzód trzeba ducha wygnać z niego,
A wnet się części w ręku trzyma,
Tylko, niestety, spójni ducha nie ma.
Zajęcie się kulturami żywymi wzbudziło silniejsze zainteresowanie całością kultury. Coraz jaśniej zdajemy sobie sprawę, że nie można zrozumieć żadnej cechy kulturowej, jeżeli wyrwie się ją z jej ogólnego kontekstu. Próba zrozumienia kultury jako całości kierowanej przez jednorodny zespół warunków nie daje rozwiązania tego problemu. Czysto antropogeograficzne, ekonomiczne czy jakiekolwiek inne formalistyczne podejście daje zniekształcony obraz rzeczywistości.
Pragnienie uchwycenia znaczenia jakiejś kultury jako całości zmusza nas do potraktowania opisów znormalizowanego zachowania jedynie jako odskoczni prowadzącej do innych problemów. Musimy pojmować jednostkę jako żyjącą w swej kulturze, kulturę zaś jako przeżywaną przez jednostkę. Zainteresowanie tymi socjopsychologicznymi problemami absolutnie nie jest sprzeczne z podejściem historycznym. Przeciwnie, odstania procesy dynamiczne wpływające na zmiany kulturowe i pozwala nam właściwie ocenić dane uzyskane ze szczegółowego porównania związanych ze sobą kultur.

Ze względu na charakter materiału problem życia kulturowego okazuje się często problemem wzajemnych związków między różnymi aspektami kultury. W pewnych przypadkach badanie tych związków prowadzi do lepszej oceny spójności lub braku integracji danej kultury. Wydobywa ono w sposób przejrzysty te formy integracji w różnych typach kultury, które dowodzą, że związki między różnymi aspektami kultury układają się według najbardziej różnorodnych wzorów i nie poddają się jakimś pochopnym uogólnieniom. Jednakże badanie takie prowadzi rzadko i tylko pośrednio do zrozumienia związku między jednostką a kulturą.
Wymaga to głębokiego wniknięcia w geniusz kultury i w wiedzę o postawach kierujących zachowaniem jednostki i grupy. Dr Benedict geniuszem kultury nazywa jej konfigurację. W książce tej postawiła przed nami ten właśnie problem i zilustrowała go przykładem trzech kultur, z których każdą przenika jedna dominująca idea. To podejście różni się od tak zwanego podejścia funkcjonalnego do zjawisk społecznych o tyle, że chodzi w nim raczej o odkrycie fundamentalnych postaw niż o funkcjonalne związki każdego elementu kulturowego. Nie jest to podejście historyczne, jeśli nie brać pod uwagę, że ogólna konfiguracja, póki trwa, ogranicza kierunki zmian, które pozostają pod jej oddziaływaniem. W porównaniu ze zmianami treści kultury konfiguracja posiada często wysoki stopień trwałości.
Jak wykazuje autorka, nie każda kultura charakteryzuje się jakimś dominującym zespołem cech, ale wydaje się prawdopodobne, że im głębsza będzie nasza wiedza o tendencjach kulturowych, które wpływają na zachowanie jednostki, tym wyraźniej wystąpi na jaw dominacja pewnego typu kontroli uczuć, pewnych ideałów postępowania, tłumacząca to, co z punktu widzenia naszej cywilizacji wydawało się postawą nienormalną. Względność tego, co uważamy za społeczne czy aspołeczne, normalne czy anormalne, pokazana tu jest w nowym świetle.
Skrajne przypadki wybrane przez autorkę uwypuklają znaczenie tego problemu.
Franz Boas
Motto:
Na początku Bóg dał każdemu
Ludowi po glinianym kubku,
Aby pił z niego wodę życia.
Przysłowie indiańskie

Nauka o zwyczajach

Antropologia to nauka o ludziach żyjących w społeczeństwie. Koncentruje ona swą uwagę na tych cechach fizycznych i technikach wytwórczych, na tych konwencjach i wartościach, które odróżniają daną społeczność od wszystkich innych, posiadających różne od niej tradycje.
Cechą wyróżniającą antropologię spośród innych nauk społecznych jest to, że bierze ona za przedmiot gruntownych swych studiów społeczeństwa inne niż nasze. Dla jej celów są jednakowo ważne wszystkie społeczne zasady małżeństwa i rozmnażania, nawet jeśli dotyczą one np. Dajaków nadmorskich i których społeczeństwo nie posiadało historycznych powiązań z naszą cywilizacją. Dla antropologa nasze zwyczaje i np. zwyczaje jakiegoś plemienia z Nowej Gwinei stanowią dwa możliwe schematy społeczne, tyczące jednego wspólnego problemu, a jako antropolog winien on unikać deprecjonowania jednego na korzyść drugiego. Antropolog interesuje się zachowaniem ludzkim, ale nie takim, jakie ukształtowała nasza tradycja, lecz ukształtowanym przez wszelką tradycję. Interesuje się on szeroką gamą zwyczajów, które znaleźć można w różnych kulturach, a jego zadaniem jest zrozumienie, jak kultury te zmieniają się i różnicują, w jak różnorodnych formach wyrażają się oraz w jaki sposób zwyczaje danego ludu funkcjonują w życiu poszczególnych, składających się nań jednostek.
Otóż zwyczaj nie był na ogół uznawany za przedmiot o istotnym znaczeniu. Jedynie wewnętrzna praca naszych własnych mózgów wydaje nam się godna badania, natomiast zwyczaj to, zgodnie z naszym przekonaniem, tylko najpospolitsza forma zachowania. W rzeczywistości jest wręcz odwrotnie. Tradycyjny zwyczaj rozpatrywany w perspektywie całego świata stanowi masę aktów zachowania bardziej zadziwiających od tego, co pojedyncza osoba może kiedykolwiek wyprodukować w indywidualnym działaniu, jakkolwiek byłoby ono dziwaczne. Ale to jest raczej banalny aspekt sprawy. Faktem o pierwszorzędnym znaczeniu jest przemożna rola, jaką zwyczaj odgrywa w doświadczeniu i przekonaniach, oraz ogromna różnorodność jego przejawów.
Żaden człowiek nie patrzy nigdy na świat absolutnie czystym wzrokiem. Odbiera go za pośrednictwem określonego zespołu zwyczajów, instytucji i sposobów myślenia. Nawet w dociekaniach filozoficznych nie jest w stanie wyjść poza te stereotypy; pojęcia prawdy i fałszu będą się ciągle dla niego wiązały z określonymi tradycyjnymi odrębnościami. John Dewey twierdził, że rola zwyczaju w kształtowaniu zachowania się jednostki pozostaje do wpływu tej jednostki na zwyczaj tradycyjny w takim samym stosunku, jaki zachodzi między pełnym słownictwem jej mowy ojczystej a tymi słowami z jej dziecięcego języka, które weszły w skład mowy potocznej jej rodziny. Kiedy bada się gruntownie systemy społeczne, które miały możność rozwinąć się autonomicznie, ta przenośnia zamienia się w dokładną i rzeczową obserwację. Historia życia każdej jednostki jest przede wszystkim procesem przystosowania się do wzorów i zasad przekazanych przez tradycję społeczności, w której żyje. Zwyczaje społeczeństwa kształtują doświadczenia i zachowania jednostki od chwili narodzin. Zanim nauczy się mówić, jest już małym tworem swojej kultury, a zanim dorośnie i stanie się zdolna do brania udziału w jej działalności, zwyczaje właściwe tej kulturze są już jej zwyczajami, wierzenia jej wierzeniami, trudności nie do pokonania jej trudnościami. Każde dziecko urodzone w danej grupie społecznej dzieli z nią to wszystko, ale żadne, urodzone w społeczeństwie z innej części świata, nie zdoła nigdy uzyskać nawet tysięcznej tego części. Nie istnieje problem społeczny, którego zrozumienie byłoby obowiązkiem tak ważkim, jak obowiązek zrozumienia roli zwyczaju. Póki nie uświadomimy sobie jego praw i odmian, podstawowe, najbardziej złożone sprawy życia ludzkiego muszą pozostać niezrozumiałe.
Badanie zwyczaju może przynieść korzyści tylko w wypadku przyjęcia pewnych tez wstępnych, z których część była dotąd przedmiotem gwałtownych sprzeciwów. Przede wszystkim każde badanie naukowe wymaga, by nie traktować w sposób uprzywilejowany tego czy innego elementu spośród tych, które badanie bierze pod uwagę. We wszystkich mniej spornych dziedzinach, takich jak badanie kaktusów czy terminów lub natury mgławic, konieczną metodą badania jest zebranie i uporządkowanie odpowiedniego materiału i zwrócenie uwagi na wszystkie możliwe odmiany form i kombinacji. W ten sposób dowiedzielibyśmy się wszystkiego - co nauka ustaliła - na przykład o prawach astronomii czy zwyczajach żyjących społecznie owadów. Jedynie nauki społeczne badając człowieka ograniczyły się do badania jednej odmiany lokalnej, to jest cywilizacji zachodniej.
Istnienie antropologii było ex definitione niemożliwe tak długo, jak długo tkwiły w umysłach ludzkich rozróżnienia między nami a ludami prymitywnymi, między nami a barbarzyńcami, między nami a poganami. Trzeba było najpierw osiągnąć ten stopień dojrzałości, który nie pozwala już przeciwstawiać naszych własnych przekonań przesądom naszych bliźnich. Konieczne było uznanie, że instytucje, które opierają się na tych samych przesłankach, dajmy na to nadnaturalnych, trzeba rozpatrywać razem, nie wyłączając z nich i naszych instytucji.

W pierwszej połowie dziewiętnastego wieku ten elementarny postulat antropologii nie przyszedł na myśl nawet najświatlejszym ludziom cywilizacji zachodniej. Człowiek na przestrzeni całych dziejów bronił swej jedyności i obronę tę uważał za punkt honoru. W czasach Kopernika owa pretensja do supremacji była tak wielka, iż obejmowała nawet Ziemię, na której żyjemy, a czternaste stulecie odrzucało z pasją myśl, że planeta nasza ma określone miejsce w układzie słonecznym. W czasach Darwina, oddawszy system słoneczny na pastwę wroga, człowiek wszystkimi środkami, jakie miał do dyspozycji, walczył o jedyność swej duszy, uważał ją bowiem za nie dający się pojąć rozumem atrybut dany mu przez Boga i przeczący temu, jakoby człowiek wywodził się ze świata zwierzęcego. Ani brak ciągłości w argumentacji, ani wątpliwości co do natury tej "duszy", ani nawet fakt, że dziewiętnasty wiek nie miał zamiaru bronić się przed braterstwem z jakąś grupą "obcą" - żaden z tych faktów nie liczył się wobec ogromnego oburzenia na zniewagę, jakiej dopuszczała się teoria ewolucji, kwestionując pojęcie jedyności człowieka.
Obie te bitwy możemy uznać właściwie za całkowicie wygrane - jeśli nie już, to wkrótce; tylko że ciężar walki przesunął się na inny front. Dziś jesteśmy już gotowi zgodzić się, że obrót Ziemi dokoła Słońca czy zwierzęce pochodzenie człowieka nie odbiera ludzkim osiągnięciom charakteru czegoś jedynego w swoim rodzaju. Jeśli zamieszkujemy jedną przypadkową planetę spośród niezliczonych systemów słonecznych, tym większy jest nasz tytuł do chwały, a jeśli rasy ludzkie, tak różne, powiązane są ewolucyjnie ze zwierzętami, wówczas dające się dowieść różnice między nami a nimi są tym głębsze, a jedyność naszych instytucji tym bardziej znamienna. Ale nasze osiągnięcia, nasze instytucje są rzeczywiście czymś jedynym; należą do innego rzędu niż osiągnięcia i instytucje ras niższych i trzeba je chronić za wszelką cenę. Tak więc dziś, czy chodzi o zagadnienie imperializmu, czy uprzedzeń rasowych, czy też zrównania między chrześcijaństwem a pogaństwem, ciągle jeszcze jesteśmy zaabsorbowani pojęciem jedyności - nie tyle zresztą jedyności ludzkich instytucji na całym świecie, o co nigdy nikomu nie szło - ale jedyności naszych instytucji i osiągnięć naszej cywilizacji.
Cywilizacja zachodnia, wskutek przypadkowych okoliczności historycznych, rozprzestrzeniła się szerzej niż kultura jakiejkolwiek innej grupy lokalnej z dotąd nam znanych. Narzuciła ona swe wzory większej części kuli ziemskiej i dlatego to skłonni jesteśmy uwierzyć w jednolitość zachowania ludzkiego, do której w innych okolicznościach by nie doszło. Nawet bardzo prymitywne ludy bywają bardziej od nas świadome roli cech kulturowych i mają po temu racje. Miały bezpośrednie doświadczenia z innymi kulturami. Zetknęły się z ich religiami, z systemem ekonomicznym, z zakazami w dziedzinie małżeństwa i widziały, jak zacierają się one w obliczu kultury białego człowieka. Ludy te porzuciły jedne cechy kulturowe i przyjęły inne, często w sposób nie dość uświadomiony, ale zupełnie dobrze zdają sobie sprawę z istnienia różnorodnych form ludzkiego życia. Niekiedy za dominującą cechę białego człowieka uznają jego skłonność do współzawodnictwa handlowego lub jego praktyki wojenne, podobnie jak to czyni antropolog.
Biały człowiek ma doświadczenia innego rodzaju. Nigdy nie spotkał się z "outsiderem", chyba że był to "outsider" już zeuropeizowany. Jeśli podróżował, mógł objechać świat dokoła, mieszkając tylko w kosmopolitycznych hotelach. Mato wie o innych sposobach życia niż własny. Jednolitość obyczaju i widoków, którą widzi wokół siebie, wydaje mu się dość przekonywająca i kryje przed nim fakt, że w końcu jest ona tylko rezultatem historycznego przypadku. Przyjmuje bez większych trudności równoznaczność natury ludzkiej i swych standardów kulturowych.
Jednakże wielka ekspansja cywilizacji białych nie jest odosobnionym wypadkiem w historii. Grupa polinezyjska we względnie niedawnym czasie rozprzestrzeniła się od Ontongu i Jawy do Wyspy Wielkanocnej, od Hawajów do Nowej Zelandii, a plemiona mówiące językiem baniu rozciągnęły swą ekspansję od Sahary do południowej Afryki. Ale w żadnym z tych wypadków nie traktujemy owych ludów jako coś więcej niż rozrośniętą nadmiernie lokalną odmianę rodzaju ludzkiego. Wielkiemu rozprzestrzenieniu
się cywilizacji zachodniej pomogły wszystkie jej zdobycze w dziedzinie transportu i szeroko rozgałęzione stosunki handlowe, dlatego łatwo jest zrozumieć, jak do tego doszło.
Psychologiczne konsekwencje rozprzestrzenienia się kultury białych nie pozostają w żadnej proporcji do konsekwencji natury materialnej. Ta dyfuzja kulturowa na światową skalę utrudniła nam, jak nikomu dotąd, poważne traktowanie cywilizacji innych ludów; nadała naszej kulturze imponującą uniwersalność, którą dawno już przestaliśmy tłumaczyć historycznie i którą interpretujemy raczej jako coś koniecznego i nieuniknionego. Zależność jednostek w naszej cywilizacji od współzawodnictwa ekonomicznego traktujemy jako dowód, że jest to pierwotna motywacja natury ludzkiej, a zachowanie małych dzieci kształtowane w naszej cywilizacji i notowane w klinikach dziecięcych uważamy za właściwą psychologię dziecka lub sposób, w jaki młoda istota ludzka winna się zachowywać. Podobnie gdy chodzi o naszą etykę lub organizację rodziny. Bronimy nieuchronności każdej znanej nam motywacji, usiłując zawsze utożsamić własne lokalne sposoby zachowania z zachowaniem jako takim czy też przyjęte w naszym społeczeństwie nawyki z naturą ludzką.
Człowiek współczesny uczynił tę tezę jednym z żywotnych czynników swej myśli i zachowania, ale źródeł takiego poglądu należy szukać daleko - w tym, co jest, jak się zdaje, wnioskując z powszechnego jej występowania wśród ludów pierwotnych, jedną z najwcześniej pojawiających się znamiennych cech ludzkich, a mianowicie rozróżnieniem jakościowym między "moją własną", zamkniętą grupą a grupą obcą. Wszystkie plemiona pierwotne rozpoznają zgodnie kategorię "obcych", czyli tych, którzy nie tylko nie podlegają kodeksowi moralnemu wyznaczającemu granicę danego ludu, ale którym odmawia się w ogóle miejsca wśród ludzi. Wielka liczba potocznie używanych nazw plemion, jak Zuni, Dene, Kiowa itp., to nazwy, którymi określają się same te ludy, są to po prostu rodzinne określenia "istot ludzkich". Poza zamkniętą grupą nie ma żadnych istot ludzkich. Pozostaje to w sprzeczności z faktem, że z obiektywnego punktu widzenia każde plemię otoczone jest przez ludy współuczestniczące w jego osiągnięciach artystycznych i wynalazkach materialnych oraz w wypracowanych praktykach, które rozwinęły się dzięki wzajemnej wymianie sposobów zachowania między poszczególnymi ludami.
Człowiek pierwotny nigdy ani nie rozglądał się po świecie, ani nie zauważył "ludzkości" jako grupy i nie poczuwał się do wspólnoty ze swym rodzajem. Od samego początku był prowincjuszem odgradzającym się murem od świata. Czy chodziło o wybór żony, czy wodza, pierwszym i najważniejszym było rozróżnienie między własną grupą a tymi, którzy znajdowali się poza nią. Nie istniało dla niego nic poza własną grupą i jej stylem życia.
Człowiek współczesny, rozróżniający ludy wybrane i niebezpieczne obce grupy, grupy, które pozostają w obrębie jego cywilizacji, spokrewnione ze sobą genetycznie i kulturowo, podobnie jak spokrewnione są niektóre plemiona w buszu australijskim, usprawiedliwia swą postawę jej ogromną ciągłością historyczną. Pigmeje żywią takie same pretensje. Nie wydaje się prawdopodobne, byśmy łatwo pozbyli się tak podstawowej cechy ludzkiej, ale możemy przynajmniej dowiedzieć się czegoś o jej dziejach i wielorakich przejawach.
Jednym z tych przejawów, i to takim, który często uważa się za zasadniczy a wywołany raczej przez uczucia religijne niż przez ów bardziej rozpowszechniony prowincjonalizm, jest postawa, która powszechnie panowała w cywilizacjach zachodnich tak długo, jak długo ich żywym składnikiem pozostawała religia. Rozróżnienie między grupą zamkniętą a ludami znajdującymi się poza nią staje się, w sensie religijnym, rozróżnieniem między prawdziwymi wyznawcami a poganami. Między tymi dwiema kategoriami przez tysiące lat nie było punktów stycznych. Wszelka idea czy instytucja istniejąca w jednej była bez znaczenia dla drugiej. Wszystkie instytucje przynależące do jednej religii traktowano wrogo w obrębie innej, nader często nieznacznie tylko różniącej się od tamtej. Po jednej strome znajdowała się Boska Prawda i prawdziwi wyznawcy, Objawienie i Bóg, po drugiej było miejsce tylko na grzech śmiertelny, bajki, potępionych i diabły. Nie mogło być mowy o pogodzeniu postaw tych przeciwstawnych grup, a, co za tym idzie, o zrozumieniu, na podstawie danych obiektywnych, istoty tak ważnej cechy człowieka, jaką jest religia.
Odczuwamy usprawiedliwioną wyższość, kiedy czytamy taki opis przeciętnej postawy religijnej. Odeszliśmy już przynajmniej od stanowiska niedorzecznego i zajęliśmy się badaniami porównawczymi nad religią. Ale zważywszy zasięg tej postawy w naszej cywilizacji, przejawiającej się na przykład w formie uprzedzeń rasowych, usprawiedliwiony staje się pewien sceptycyzm - czy dojrzałość w sprawach religii zawdzięczamy temu, że wyrośliśmy już z naiwności dzieciństwa, czy też po prostu temu, że religia nie jest już tą dziedziną życia, w której rozgrywają się najważniejsze konflikty współczesności. W naprawdę żywych dziedzinach naszej cywilizacji zdajemy się być dalecy od tego stopnia niezależności, który osiągnęliśmy w tak dużej mierze wobec religii.
Jest jeszcze inna okoliczność, która sprawiła, że poważne badania nad zwyczajami zostały podjęte późno i bez większego zapału; jest to przeszkoda trudniejsza do pokonania niż omówione. Zwyczaje nie przyciągały uwagi teoretyków społeczeństwa, ponieważ stanowiły właśnie istotę ich myślenia: byty soczewką, bez której nie mogliby nic zobaczyć. Wprost proporcjonalnie do swego fundamentalnego znaczenia egzystowały poza granicami pola świadomej uwagi. W tym zaślepieniu nie ma nic tajemniczego. Jeśli jakiś badacz zgromadził dużo danych do badań czy to nad kredytem międzynarodowym, czy procesem uczenia się, czy wreszcie narcyzmem jako czynnikiem w rozwoju psychonerwic, to ekonomista, psycholog czy psychiatra posługują się tym zbiorem danych i na nim opierają swą pracę. Nie liczą się oni z istnieniem innych układów społecznych, w których wszystkie te czynności są być może inaczej uporządkowane, to znaczy, nie biorą pod uwagę uwarunkowań kulturowych. Badaną cechę rozpatrują jako taką, a przejawy jej jako aż zbyt dobrze znane, przy czym obiektywizują je, nadając im charakter absolutny, ponieważ stanowią one cały materiał, którym posługują się w swoich rozważaniach. Lokalne postawy z lat trzydziestych naszego wieku utożsamiają z Naturą Ludzką, a ich opis z ekonomią czy psychologią.
Praktycznie często bywa to nieistotne. Nasze dzieci muszą być wychowywane w naszej tradycji pedagogicznej, a badanie procesu uczenia się w naszych szkołach ma kapitalne znaczenie. W ten sposób można usprawiedliwić wzruszanie ramionami, którym często kwitujemy dyskusję na temat innych systemów ekonomicznych. W końcu musimy żyć w ramach schematu "mój - twój", zinstytucjonalizowanego przez naszą kulturę.
To jest istotne, a fakt, że różnorodność kultury najlepiej rozważać w aspekcie przestrzennym, ożywia naszą bez-namiętność. Jednakże fakt, że materiał historyczny, jakim rozporządzamy, jest ograniczony, uniemożliwia przytaczanie przykładów z następstwa kultur w czasie. Gdybyśmy nawet chcieli, nie moglibyśmy pominąć tego następstwa, a jeśli cofniemy się choćby o jedno pokolenie, zdamy sobie sprawę z tego, w jakim stopniu uległo rewizji nasze najbardziej niekiedy intymne zachowanie. Jak dotąd rewizji tego rodzaju dokonywano na ślepo - byty one rezultatem okoliczności, które możemy przedstawić tylko drogą retrospekcji. Pominąwszy naszą niechęć do stawiania czoła zmianom kulturowym zachodzącym w dziedzinie spraw intymnych - póki nie zostaną nam narzucone - nie byłoby niemożliwe przyjęcie wobec nich postawy bardziej inteligentnej i bardziej bezpośredniej. Nasz opór jest w dużej mierze rezultatem niezrozumienia konwencji kulturowych, a zwłaszcza przeceniania tych konwencji, które przypadkiem przyjął nasz naród czy dziesięciolecie, w którym żyjemy. Choćby niewielka znajomość innych konwencji i wiedza o ich możliwych odmianach przyczyniłyby się w dużym stopniu do rozwoju racjonalnego porządku społecznego.
Badanie różnych kultur ma jeszcze inny, istotny wpływ na dzisiejszą myśl i zachowanie. Współczesna rzeczywistość zmusiła wiele cywilizacji do nawiązania ścisłego kontaktu i w chwili obecnej dominującą reakcją na tę sytuację stały się nacjonalizm i snobizm rasowy. Nie było epoki, w której cywilizacja bardziej potrzebowałaby jednostek prawdziwie świadomych swojej kultury i mających zdolność obiektywnego, pozbawionego obaw i rekryminacji widzenia uwarunkowanego społecznie zachowania innych ludów.

Pogarda w stosunku do obcych nie jest jedynym możliwym rozwiązaniem problemów wynikających z obecnych kontaktów ras i narodowości. Nie jest nawet rozwiązaniem mającym podstawy naukowe. Tradycyjna nietolerancja anglosaska jest cechą kulturową - jak każda inna - lokalną i ograniczoną w czasie. Nawet naród tak homogeniczny rasowo i kulturowo jak Hiszpanie nie posiadał tej cechy, a uprzedzenia rasowe w krajach skolonizowanych przez Hiszpanów mają charakter całkowicie różny od uprzedzeń rasowych w krajach opanowanych przez Anglię i Stany Zjednoczone. W tym ostatnim wypadku nie chodzi oczywiście o nietolerancję skierowaną przeciwko mieszaniu krwi ras bardzo różniących się pochodzeniem biologicznym, wybuchająca bowiem co jakiś czas niechęć skierowana jest zarówno przeciwko katolickim Irlandczykom w Bostonie czy Włochom w fabrycznych miastach Nowej Anglii, jak przeciwko Chińczykom i Japończykom w Kalifornii. Jest to stare rozróżnienie między ludźmi "z grupy" i ludźmi spoza niej, i jeśli podtrzymujemy tę odwieczną tradycję w tej dziedzinie, to mamy na nasze usprawiedliwienie o wiele mniej niż dzikie plemiona. Podróżowaliśmy po świecie, szczycimy się naszym wyrafinowaniem. Ale nie zdołaliśmy pojąć względności nawyków kulturowych i pozbawieni jesteśmy korzyści i satysfakcji, jakie przyniosłyby nam stosunki z innymi ludami o innych typach kultury niż nasza.
Uznanie uprzedzeń rasowych za zasadę wynikającą z kultury - to rozpaczliwa potrzeba współczesnej cywilizacji zachodniej. Dotarliśmy do punktu, w którym Anglosasi żywią uprzedzenia rasowe wobec Irlandczyków, a Norwegowie i Szwedzi mówią także o wzajemnej wrogości, jak gdyby posiadali różną krew. W czasie wojny, w której Francja i Niemcy walczyły po przeciwnych stronach, uważano, że tak zwana granica rasowa oddzielała lud Badenii od ludu Alzacji, chociaż pod względem fizycznym oba należą do alpejskiej podrasy. W epoce swobodnego ruchu ludności i małżeństw mieszanych, od dawna najbardziej pożądanych elementów w życiu społecznym, ośmielamy się głosić ewangelię czystej rasy.
Na to antropologia znajduje dwie odpowiedzi. Pierwsza dotyczy istoty kultury, druga - istoty dziedziczenia. Odpowiedź dotycząca istoty kultury cofa nas do społeczeństw, które istniały jeszcze przed powstaniem społeczeństwa ludzkiego. Istnieją społeczeństwa, w których natura, z pomocą mechanizmów biologicznych, utrwala nawet najbardziej nieznaczne sposoby zachowania, nie są to jednak społeczeństwa ludzi, lecz owadów. Królowa mrówek, przeniesiona do samotnego gniazda, odtworzy każdą fazę zachowania seksualnego, każdy szczegół życia zorganizowanego mrowiska. Owady żyjące społecznie reprezentują to stadium natury, kiedy nie podejmowała ona żadnego ryzyka. Wzorzec całej struktury społecznej był zawarty w instynktownym zachowaniu mrówek. Nie ma większych szans, że klasy w społeczeństwie mrówek czy właściwe mu sposoby zdobywania żywności zanikną skutkiem odizolowania jakiejś mrówki od jej grupy, niż na to, że tej mrówce nie uda się odtworzyć kształtu własnych czułków lub budowy odwłoka.
Po lepsze lub gorsze rozwiązanie tego problemu należy się zwrócić w zupełnie odwrotnym kierunku. Żadna cecha społecznej organizacji plemiennej, języka czy religii nie jest zawarta w komórkach rozrodczych człowieka. Kiedy od czasu do czasu znajdowano w Europie w minionych stuleciach porzucone dzieci, które wychowały się w lasach z dala od ludzi, stwierdzono tak duże między nimi podobieństwo, że Linneusz sklasyfikował je jako odrębny gatunek, homo ferus, i przypuszczał, że był to rodzaj gnomów rzadko spotykanych przez człowieka. Nie mógł pojąć, że te półgłówkowate bydlątka urodziły się ludźmi; nie mogło mu się to pomieścić w głowie, kiedy widział te stworzenia nie interesujące się niczym, co działo się wokoło nich, kołyszące się rytmicznie w przód i w tył jak jakieś dzikie zwierzęta w Zoo, stworzenia obdarzone organami mowy i słuchu wyszkolonymi tylko na tyle, że zaledwie przynosiły im jakiś pożytek, stworzenia, które znosiły mroźną pogodę odziane jedynie w łachmany i wyciągały ziemniaki z gotującej się wody nie wyrządzając sobie krzywdy. Oczywiście nie ulega wątpliwości, że były to dzieci porzucone w niemowlęctwie, a czego im brakowało, to towarzystwa istot własnego rodzaju - jedynego, które wyostrza zdolności człowieka i nadaje im właściwą formę .
W naszej, bardziej humanitarnej cywilizacji nie spotykamy już dzikich dzieci. Ale każdy przypadek adoptowania dziecka przez ludzi innej rasy i kultury dowodzi powyższej tezy z równą jasnością. Dziecko urodzone na Wschodzie, zaadoptowane przez rodzinę z Zachodu, uczy się angielskiego, przejawia wobec swych przybranych rodziców postawę właściwą dzieciom, z którymi się bawi, i dorósłszy obiera zawód swoich rodziców. Drogą uczenia przyswaja sobie cały zespół cech kulturowych właściwych społeczeństwu, które je przyjęło, podczas gdy zespół cech charakterystyczny dla grupy jego rzeczywistych rodziców nie odgrywa tu żadnej roli. Ten sam proces na większą skalę zachodzi w przypadku, kiedy cale ludy w ciągu kilku pokoleń porzucają swą tradycyjną kulturę i przyjmują zwyczaje grupy obcej. Kultura Murzynów w miastach północnej części Stanów Zjednoczonych zaczyna upodabniać się w szczegółach do kultury białych mieszkańców tych miast. Kilka lat temu, kiedy przeprowadzono w Harlemie badanie surveyowe, stwierdzono, że jedną z cech właściwą Murzynom była panująca wśród nich moda hazardu polegającego na zgadywaniu ostatnich trzech cyfr obrotu giełdowego na następny dzień. Pociągało to przynajmniej za sobą mniejsze koszty niż upodobania białych do bezpośredniego grania na giełdzie, choć było nie mniej niepewne i podniecające. Stanowiło odmianę wzoru postępowania białych, choć nie odbiegało od niego w zbyt wielkim stopniu. Większość cech właściwych mieszkańcom Harlemu jest jeszcze bliższa formom powszechnie panującym w grupach białych.
Można wykazać, że na całym świecie od początku jego dziejów istniały ludy, które były w stanie przyjąć kulturę ludów innej krwi. Biologiczna struktura człowieka nie utrudnia tego w najmniejszym stopniu. Budowa nie zobowiązuje go ściśle do jakiejś szczególnej odmiany zachowania. Wielka różnorodność rozwiązań społecznych, które człowiek wypracował w różnych kulturach w odniesieniu na przykład do małżeństwa czy handlu, jest równie możliwa dzięki jego wrodzonym zdolnościom. Kultura nie jest kompleksem zjawisk przekazywanym biologicznie.
To, co zostaje utracone z dawanej przez naturę gwarancji bezpieczeństwa, wynagradzają korzyści płynące z większej plastyczności. Istota ludzka nie porasta, jak niedźwiedź, futrem polarnym, by po wielu pokoleniach przystosować się do warunków arktycznych. Natomiast uczy się szyć sobie odzienie i budować domki ze śniegu. Opierając się na tym wszystkim, co wiemy o dziejach inteligencji w społeczeństwach ludzkich i w tych, które istniały, zanim pojawił się człowiek, można powiedzieć, że ta plastyczność była glebą, z której wyrósł postęp człowieka i dzięki której się utrzymywał. W epoce mamutów pojawiały się kolejno gatunki pozbawione tej plastyczności, dochodziły do kresu możliwości rozwojowych i wymierały, zniszczone przez rozwój tych samych cech, biologicznie wytworzonych po to, by dać sobie radę w swym środowisku. Drapieżne zwierzęta i wreszcie małpy wyższego rzędu zaczęły powoli opierać się na innych niż biologiczne sposobach adaptacji i tak, stopniowo, dzięki wynikłej stąd wzmożonej plastyczności, zawiązały się podstawy dla rozwoju inteligencji. Być może, jak to się często przypuszcza, właśnie ten rozwój inteligencji doprowadzi do tego, że człowiek zniszczy sam siebie. Ale nikt jeszcze nie wymyślił sposobu na cofnięcie nas do mechanizmów biologicznych właściwych żyjącym społecznie owadom i nie dysponujemy inną możliwością. Dziedzictwo kulturowe człowieka - niezależnie od tego, czy uznamy to za dobre, czy złe - nie jest przekazywane biologicznie.
Oczywistym wnioskiem, jaki stąd wyciąga socjologia współczesna, jest to, że nie ma podstaw twierdzenie, iż możemy wiązać nadzieje na osiągnięcia duchowe i kulturowe z jakąś dziedzicznie wyselekcjonowaną plazmą zarodkową. W cywilizacji zachodniej przewodnictwo przechodziło kolejno w różnych okresach od ludów należących do semickiej grupy językowej do ludów chamickich, następnie do grupy śródziemnomorskiej rasy białej i w końcu do nordyków. Kulturalna ciągłość cywilizacji nie ulega wątpliwości, bez względu na to, kto był jej nosicielem w danym momencie. Musimy przyjąć wszystkie następstwa naszego ludzkiego dziedzictwa, z których najważniejszy jest wąski zakres zachowań przekazywanych biologicznie i ogromna rola kulturowego procesu przekazywania tradycji.
Druga odpowiedź, jaką daje antropologia na argumentację zwolennika czystości rasy, dotyczy istoty dziedziczenia. Zwolennik czystości rasy jest ofiarą mitologii. Czym jest bowiem "dziedzictwo rasowe"? Wiemy z grubsza, na czym polega przechodzenie dziedzictwa z ojca na syna.

W ramach jednej linii rodzinnej znaczenie dziedziczenia jest ogromne. Dziedziczenie jest sprawą związaną z rodzinnym pokrewieństwem. Wszystko poza tym jest mitologią. W małych i statycznych społecznościach, takich jak na przykład odizolowana wioska eskimoska, dziedzictwo "rasowe" i dziedzictwo łączące dziecko z rodzicami jest praktycznie równoznaczne i dlatego dziedzictwo rasowe posiada realne znaczenie. Ale jako pojęcie stosowane do grup zamieszkujących duży obszar, jak na przykład nordycy, nie ma żadnego oparcia w rzeczywistości. Po pierwsze, we wszystkich narodach nordyckich istnieją pokrewieństwa występujące także w społecznościach odmiany alpejskiej i śródziemnomorskiej. Każda analiza budowy fizycznej jakiejś populacji europejskiej wykazuje mieszany charakter: czarnooki i ciemnowłosy Szwed reprezentuje linie rodzinne koncentrujące się w większym stopniu na południu, ale można o nim mówić w związku z tym, co wiemy o tych ostatnich grupach. Jego cechy dziedziczne, o ile mają jakąś rzeczywistość fizyczną, wiążą się z jego linią rodzinną, która nie ogranicza się do Szwecji. Nie wiemy, jak dalece typy fizyczne mogą się zmieniać bez mieszania się z innymi. Wiemy, że krzyżowanie się w obrębie jednej, tej samej grupy daje mniej więcej typ lokalny. Ale sytuacja taka niemal nie zdarza się w naszej kosmopolitycznej białej cywilizacji i jeżeli ktoś powołuje się na "dziedzictwo rasowe", jak to na ogół bywa, by skupić wokół siebie grupę ludzi o podobnej pozycji ekonomicznej, podobnym wykształceniu, czytających te same tygodniki, to kategoria taka jest jedynie inną wersją podziału ludzi na tych, którzy znajdują się w jakiejś grupie, i tych, którzy znajdują się poza nią, i nie ma nic wspólnego z rzeczywistą biologiczną jednorodnością grupy .
Tym, co rzeczywiście wiąże ludzi ze sobą, jest typ ich kultury - wspólne idee i sposób życia. Gdyby naród, zamiast wybierać taki symbol, jak wspólne dziedzictwo krwi, i robić sobie z niego slogan, skierował raczej swą uwagę na kulturę, która jednoczy jego członków, podkreślając jej podstawowe zasługi i uznając zarazem odmienne wartości, które mogą rozwijać się w innej kulturze, zastąpiłby wówczas realistycznym myśleniem ów rodzaj symboliki, która jest niebezpieczna, ponieważ jest błędna.
Znajomość różnorodnych form kulturowych jest nieodzowna w myśleniu społecznym, a niniejsza praca temu właśnie jest poświęcona. Jak stwierdziliśmy już, budowa fizyczna człowieka czy rasa nie są nieodłącznie związane z kulturą i jeśli chodzi o nasze cele, można ich nie brać pod uwagę, z wyjątkiem momentów, w których z określonej przyczyny nabierają znaczenia. Główny postulat wobec dyskusji o kulturze, to oparcie jej na możliwie szerokim przeglądzie form kulturowych. Tylko wtedy bowiem jesteśmy w stanie rozróżnić te sposoby przystosowania właściwe człowiekowi, które są uwarunkowane kulturowo i wspólne, i nieodzowne - o ile możemy to stwierdzić - dla całej ludzkości. Nie potrafimy odkryć ani drogą introspekcji, ani obserwacji któregokolwiek społeczeństwa, jakie zachowanie ma charakter "instynktowny", to jest określony organicznie. Aby uznać jakieś zachowanie za instynktowne, trzeba czegoś więcej niż dowodu, że jest ono automatyczne. Odruch warunkowy jest równie automatyczny jak odruch zdeterminowany organicznie, a odruchy uwarunkowane kulturowo stanowią większą część naszego zasobu automatycznych sposobów zachowania.
Dlatego najbardziej konkretny materiał do dyskusji o formach i procesach kultury stanowią dane odnoszące się do społeczeństw posiadających możliwie najmniej historycznych związków z naszym społeczeństwem oraz związków wzajemnych. Obok ogromnej sieci kontaktów historycznych, która pozwoliła wielkim cywilizacjom ogarnąć tak ogromne tereny, kultury pierwotne są obecnie jedynym źródłem, do którego możemy się zwrócić. Stanowią one laboratorium, w którym możemy badać różnorodność instytucji ludzkich. Przy względnej izolacji liczne prymitywne rejony przez całe stulecia opracowywały pewne tematy kulturowe, które sobie przyswoiły. Dostarczają nam one gotowych koniecznych informacji dotyczących możliwych odmian ludzkiego przystosowania, a krytyczne ich zbadanie jest istotne dla zrozumienia procesów kulturowych. Jest to jedyne laboratorium form społecznych, jakie mamy i jakie mieć będziemy.
Ma ono jeszcze inną zaletę. Problemy, które w nim badamy, wyrażane są prościej niż w wielkich cywilizacjach zachodnich. Wraz z wynalazkami przyczyniającymi się do ułatwienia transportu oraz telefonicznej i radiowej łączności między kontynentami, z urządzeniami, które zapewniają trwałość i szeroki zasięg tekstom drukowanym, i wraz z naciskiem konkurencji różnych grup zawodowych, kultów i klas, przy ujednoliconej formie ich występowania na całym świecie, nowoczesna cywilizacja stała się zbyt skomplikowana dla adekwatnej analizy, chyba że w tym celu rozłoży się ją sztucznie na drobne fragmenty. Takie częściowe analizy pozostaną jednak nieadekwatne, ponieważ wiele czynników wewnętrznych wymyka się spod naszej kontroli. Zbadanie jakiejkolwiek grupy wymaga także wzięcia pod rozwagę jednostek z przeciwstawnych grup heterogenicznych, o różnych sposobach życia, celach społecznych, stosunkach rodzinnych i moralności. Wzajemne powiązania istniejące między tymi grupami są zbyt skomplikowane na to, by można było ocenić je w stopniu dostatecznie szczegółowym. W społeczeństwie pierwotnym tradycja kulturowa jest na tyle prosta, że zawiera się bez reszty w wiedzy osobników dorosłych, a obyczaje i moralność grupy ukształtowane są w ramach jednego, ściśle określonego ogólnego wzoru. Można określić wzajemną zależność cech w tym prostym środowisku w sposób, który jest niemożliwy wobec krzyżujących się prądów naszej złożonej cywilizacji.
Żadna z przyczyn, dla których kładziemy nacisk na owe fakty związane z kulturą pierwotną, nie ma nic wspólnego z klasyczną metodą posługiwania się tym materiałem. Natomiast ów sposób, w jaki się nim posłużono, ma dużo wspólnego z rekonstrukcją jego początków. Dawni antropologowie usiłowali uporządkować wszystkie cechy różnych kultur w schemat ewolucyjny - od form najwcześniejszych po ostateczną fazę w ramach cywilizacji zachodniej. Ale nie ma powodu, by przypuszczać, że raczej dzięki analizie religii Australijczyków niż naszej odsłaniamy religię pierwotną, czy też, że dzięki analizie społecznej organizacji Irokezów cofniemy się do zwyczajów małżeńskich najdawniejszych przodków człowieka.
Skoro jesteśmy zmuszeni wierzyć, że rodzaj ludzki stanowi jeden gatunek, wynika stąd, że człowiek ma za sobą wszędzie równie długą historię. Pewne plemiona pierwotne mogą być bliższe formom najbardziej pierwotnym niż człowiek cywilizowany, ale może to mieć charakter tylko względny i nasze przypuszczenia mogą być równie słuszne, jak fałszywe. Nie ma usprawiedliwienia dla utożsamienia jakiegoś jednego współczesnego obyczaju prymitywnego z pierwotnym typem ludzkiego zachowania. Metodologicznie istnieje tylko jeden sposób, z którego pomocą zdobyć możemy przybliżoną wiedzę na temat tych początków ludzkości. Jest nim badanie rozmieszczenia kilku cech, które w społeczeństwie ludzkim są uniwersalne lub niemal uniwersalne. Kilka spośród nich jest dobrze znanych. Należą do nich, przede wszystkim, animizm i egzogamiczne ograniczenia małżeńskie. Natomiast różne pojęcia na temat duszy ludzkiej i życia po śmierci wywołują więcej wątpliwości. Wierzenia tak niemal uniwersalne, jak te, możemy słusznie uważać za niezwykle stare pomysły ludzkie. Nie jest to równoznaczne z uznaniem ich za pojęcia zdeterminowane biologicznie, mogą być bowiem bardzo wczesnymi wynalazkami rodzaju ludzkiego, cechami charakterystycznymi "od kolebki", i stały się podstawowe dla całego myślenia ludzkiego. W ostatecznej analizie mogą się okazać tak samo uwarunkowane społecznie, jak każdy zwyczaj lokalny. Ale od dawna już stały się czymś automatycznie związanym z postępowaniem człowieka. Są stare i uniwersalne. To wszystko jednak nie oznacza, że formy, które można obserwować dziś, są początkowymi formami, które pojawiły się w pradawnych czasach. Niepodobna także zrekonstruować tych początków poprzez badanie ich odmian.

Można wyizolować uniwersalne jądro wierzeń i wyróżnić jego formy lokalne, ale przecież mogło być i tak, że określona cecha wystąpiła najpierw w jakiejś wyraźnej formie lokalnej, a nie jako wspólny mianownik wszystkich zaobserwowanych cech.
Z tej przyczyny badanie zwyczajów pierwotnych celem ustalenia początków jest spekulacją. Można znaleźć argumenty popierające każde wyjaśnienia początków, zarówno tych, które wykluczają się nawzajem, jak i tych, które się dopełniają. Ze wszystkich sposobów posługiwania się materiałem antropologicznym, sposób polegający na nieskrępowanej spekulacji z natury rzeczy nie doprowadza do żadnych stwierdzeń. Przyczyna tego, że dla celów analizy form społecznych sięgamy do społeczeństw pierwotnych, nie wiąże się bynajmniej z romantycznym powrotem do pierwotności. Nie jest jej założeniem poetyczne przedstawienie społeczeństw prostszych, których kultura przemawia do nas tak silnie i różnorodnie w naszej erze heterogenicznych standardów i bezładnego, mechanicznego chaosu. Ale schorzeń naszego społeczeństwa nie uleczy powrót do ideałów przechowanych dla nas przez ludy pierwotne. Romantyczna utopia, która każde sięgać po wzory prostsze i prymitywne - chociaż niekiedy bardzo pociągające - w badaniach etnologicznych bywa równie często przeszkodzą, jak pomocą.
Staranne badania społeczeństw pierwotnych mają dziś duże znaczenie, ponieważ, jak powiedzieliśmy, dostarczają faktograficznego materiału do badań nad formami i procesami kulturowymi. Pomagają wprowadzić rozróżnienie między reakcjami specyficznymi dla lokalnych typów kulturowych, a wspólnymi dla całej ludności. Poza tym pomagają ocenić ogromnie ważną rolę zachowania uwarunkowanego kulturowo. Kultura, jej procesy i funkcje, jest przedmiotem, który musimy wyjaśnić, na ile tylko zdołamy, a znikąd nie możemy spodziewać się większej korzyści, jak z badania faktów z życia społeczeństw przedpiśmiennych.

Różnorodność kultur

Pewien wódz Indian Kopaczy, jak nazywają ich Kalifornijczycy, opowiadał mi wiele o dawnych zwyczajach swego ludu. Sam byt chrześcijaninem i przewodził swemu ludowi w sadzeniu brzoskwiń i moreli na nawodnionych terenach, ale gdy opowiadał o szamanach, którzy na jego oczach przemieniali się w niedźwiedzie - podczas tańca Niedźwiedzia - drżały mu ręce, a glos załamywał się z podniecenia. Lud jego w dawnych czasach posiadał moc niezwykłą. Wódz ów najbardziej lubił opowiadać o tym, jak żywiła ich wówczas pustynia. Przynosił stamtąd z pieczołowitą troską każdą roślinę, w pełnym poczuciu jej ogromnego znaczenia. W owych dniach jego lud czerpał siły ze "zdrowia pustym" - jak to określił - i nie znał ani zawartości puszek konserwowych, ani produktów sprzedawanych w sklepach rzeźniczych. Właśnie takie innowacje w późniejszych latach doprowadziły do jego poniżenia.
Pewnego dnia Ramon nagle przerwał opisywanie mielenia owoców krzewu mesquite i przygotowywaniu zupy żołędziowej. "Na początku - powiedział - Bóg dał każdemu ludowi po glinianym kubku, aby pił z niego wodę życia".
Nie wiem, czy przenośnię tę zaczerpnął z jakiegoś tradycyjnego a nie znanego mi rytuału, czy był to wytwór jego fantazji. Trudno wyobrazić sobie, że usłyszał ją od białych w Banning, nie zwykli oni bowiem rozprawiać o etosie innych ludów. W każdym razie w rozumieniu tego skromnego Indianina owa figura retoryczna była jasna i pełna wymowy. "Wszyscy zanurzali kubki w wodzie - mówił dalej - ale kubki byty różne. Nasz kubek rozbił się. Naszego kubka już nie ma".
Nasz kubek rozbił się. Wszystko to, co nadawało znaczenie życiu jego ludu, rytuały domowe związane z jedzeniem, zobowiązania wynikające z systemu ekonomicznego, kolejność obrzędów celebrowanych w wioskach, opętanie podczas tańca Niedźwiedzia, kryteria dobra i zła - wszystko przeminęło, a wraz z tym przeminął kształt i sens ich życia. Ten stary człowiek był jeszcze pełen sił i kierował w swym plemieniu stosunkami z białymi. Nie chciał przez to powiedzieć, iż chodziło o fizyczne unicestwienie jego ludu. Ale miał na myśli utratę tego, co posiadało wartość równą wartości samego życia, utratę całej osnowy wzorów życiowych i wierzeń tego ludu. Inne kubki pozostały i wypełniała je, być może, ta sama woda życia, ale ta strata była niepowetowana. Nie chodziło o półśrodki - o dodanie czegoś lub ujęcie. Model całości byt rzeczą podstawową, w jakiś sposób nadawał jej jednolitość. Stanowił wyłączną własność tego ludu.
Ramon posiadał osobiste doświadczenie w sprawach, o których mówił. Znał dwie kultury, których wartość i sposób myślenia są nieporównywalne. Ciężki to los. Nasze doświadczenia uczestników cywilizacji zachodniej są zupełnie inne. Jesteśmy wychowywani w jednej kosmopolitycznej kulturze; nasze nauki społeczne, nasza psychologia i teologia uparcie ignorują prawdę wyrażoną w przenośni Ramona.

Bieg życia i nacisk otoczenia, nie mówiąc o płodności wyobraźni ludzkiej, dostarczają niewiarygodnego mnóstwa możliwych wskazówek, z których wszystkie, jak się wydaje, służyć mogą w życiu społecznym. Istnieją schematy własności i hierarchii społecznej związane z posiadaniem, istnieją przedmioty materialne i opracowana technika ich wyrobu, istnieje życie seksualne, stan rodzicielski wraz ze wszystkimi jego aspektami, istnieją bractwa i kulty, które mogą stanowić podstawę struktury społeczeństwa; istnieje wymiana gospodarcza; istnieją bogowie i sankcje nadprzyrodzone. Każdy z tych elementów i wiele innych może być poddanych kulturowemu i rytualnemu opracowaniu, które monopolizuje energię kulturową, pozostawiając jej już niewiele na rozbudowywanie innych cech. Pewne aspekty życia - w naszym przekonaniu najważniejsze - zostały niemal niedostrzeżone przez ludy, których kultura, choć zwrócona w innym kierunku, bynajmniej nie należała do ubogich. Czasem znów te same elementy mogą być rozwinięte w takim stopniu, że wydaje się to wręcz fantastyczne.
Z życiem kultury jest tak jak z językiem - selekcja jest koniecznością zasadniczą. Liczba dźwięków, jakie mogą wytworzyć nasze struny głosowe oraz jama ustna i nosowa, jest praktycznie nieograniczona. Trzy czy cztery tuziny dźwięków, które zostały wybrane na użytek języka angielskiego, stanowią wybór całkowicie różny od wyboru dokonanego na użytek tak bardzo pokrewnych języków, jak niemiecki i francuski. Nikt nie ośmielił się obliczyć wszystkich dźwięków używanych w różnych językach świata. Każdy język musi dokonać wyboru i trwać przy nim, w przeciwnym wypadku stałby się całkowicie niezrozumiały. Nawet język, który używałby tylko kilkuset spośród możliwych - i rzeczywiście zanotowanych - elementów fonetycznych, nie mógłby służyć do porozumiewania się. Z drugiej strony wielokrotne niezrozumienie języków nie spokrewnionych z naszym wynikło z prób przyjęcia jako punktu odniesienia dla obcych systemów fonetycznych - naszego. Rozróżniamy tylko jedno k. Jeśli inny naród ma pięć dźwięków k dobywanych przy różnych ustawieniach krtani i ust, to nie jesteśmy w stanie dokonać rozróżnień słownikowych i syntaktycznych, które zależą od tych różnic, póki ich nie opanujemy. My mamy dźwięki d i n. Inny język może mieć dźwięk pośredni, który - jeśli nie uda nam się go zidentyfikować - będziemy zapisywali raz jako d, a raz jako n, wprowadzając w ten sposób nie istniejące rozróżnienie. Elementarnym warunkiem wstępnym analizy lingwistycznej jest zdanie sobie sprawy z tego niewiarygodnego mnóstwa dostępnych dźwięków, z którego każdy język dokonuje wyboru.
Również kulturę musimy wyobrazić sobie jako wielki łuk, ogarniający wszystkie możliwe zainteresowania związane z różnymi okresami życia, ze środowiskiem lub różnoraką działalnością człowieka. Kultura, która zgromadziłaby choćby tylko znaczną ich część, byłaby równie niezrozumiała jak język, który korzystałby ze wszystkich dźwięków nieartykułowanych, ze zwarć krtani, spółgłosek wargowych, zębowych, syczących i gardłowych, od bezdźwięcznych do dźwięcznych i od labialnych do nosowych. Jej tożsamość jako określonej kultury zależy od wyboru pewnych segmentów tego tuku. Każde społeczeństwo ludzkie dokonało tego rodzaju wyboru w ramach swoich instytucji kulturowych. Każde, z punktu widzenia innego, pomija elementy podstawowe, a wykorzystuje nieistotne. Jedna kultura niemal nie uznaje wartości pieniądza, inna przyjęła je za podstawę w każdej dziedzinie zachowania. W jednym społeczeństwie technologię lekceważy się w sposób niewiarygodny, nawet w tych aspektach życia, gdzie wydaje się konieczna dla zapewnienia egzystencji tego społeczeństwa. W innym, równie prymitywnym osiągnięcia techniczne są skomplikowane i dostosowane z podziwu godną dokładnością do sytuacji. Jedni tworzą ogromną nadbudowę kulturową w oparciu o okres dojrzewania, inni w odniesieniu do śmierci, jeszcze inni w odniesieniu do życia pozagrobowego.
Przypadek okresu dojrzewania jest szczególnie interesujący, dlatego że znajduje się w centrum zainteresowań naszej cywilizacji i dlatego że na ten temat mamy mnóstwo informacji z innych kultur. W naszej cywilizacji cala biblioteka studiów psychologicznych świadczy, jak duży kładziemy nacisk na nieunikniony niepokój towarzyszący okresowi dojrzewania płciowego. W naszej tradycji jest to stan fizjologiczny charakteryzujący się równie wyraźnie wybuchami w życiu domowym i buntem, jak tyfus charakteryzuje gorączka. I nie chodzi tu o fakty - w Ameryce są one rzeczą powszechną - chodzi raczej o ich nieuchronność.
Najbardziej pobieżny rzut oka na sposób potraktowania okresu dojrzewania w różnych społeczeństwach pozwala stwierdzić z pewnością jeden fakt, a mianowicie, że nawet w kulturach najsilniej akcentujących ów okres, wiek, na którym koncentrują swą uwagę, bywa różny w skali wielu lat. Toteż od razu staje się jasne, że tak zwane rytuały okresu dojrzewania są terminem błędnym, jeżeli mamy na myśli dojrzewanie biologiczne. Dojrzewanie, jakie społeczeństwa te uznają, jest dojrzewaniem społecznym, a obrzędy są tym czy innym sposobem uznania, że dziecko stało się osobą dorosłą. Obarczenie nowymi zajęciami i obowiązkami jest w rezultacie równie różnorakie i uwarunkowane kulturowo, jak same te zajęcia i obowiązki. Jeżeli za jedynie zaszczytny obowiązek wieku męskiego uznaje się czyny wojenne, wówczas nadanie miana wojownika następuje później i w inny sposób niż w społeczeństwie, gdzie dojrzałość daje głównie przywilej udziału w tańcach, w których uczestnicy występują w maskach bogów. Aby zrozumieć obrzędy związane z okresem dojrzewania, nie trzeba koniecznie analizować natury rites depassage, raczej powinniśmy poznać to, co w różnych kulturach rozumie się przez początek dojrzewania oraz właściwe tym kulturom metody przyznawania nowej pozycji. W danej kulturze rytuał okresu dojrzewania warunkuje nie dojrzewanie biologiczne, lecz to, co w tej kulturze rozumie się przez dojrzałość .
W środkowej części Ameryki Północnej dojrzałość oznacza zdolność do brania udziału w wojnie. Honor, jaki daje udział w niej, jest najwyższym celem wszystkich mężczyzn. Nieustannie powracający temat dochodzenia młodzieńca do pełnoletności, jak również w każdym wieku przygotowania do wejścia na ścieżkę wojenną stanowią magiczny rytuał gwarantujący sukces na wojnie. Członkowie plemion z tego rejonu nie torturują się nawzajem, lecz torturują samych siebie: nacinają i zdzierają pasy skóry z rąk i nóg, odcinają sobie palce, wloką ciężary przymocowane do piersi i nóg. Nagrodą jest spotęgowana dzielność objawiająca się w czynach wojennych.
W Australii natomiast dojrzałość oznacza prawo uczestnictwa w kulcie wyłącznie męskim, którego podstawową cechą jest wyłączenie zeń kobiet. Kobieta, która usłyszy tylko głos grzechotki używanej w czasie tych obrzędów, zostaje zabita, żadnej kobiecie nie wolno nic wiedzieć na ten temat. Rytuał okresu dojrzewania stanowi skomplikowane, symboliczne zerwanie więzów z płcią żeńską. Mężczyzn symbolicznie czyni się samowystarczalnymi i uznaje ich za w pełni odpowiedzialny element społeczności. Aby osiągnąć ten cel, poddają się oni drastycznym rytuałom seksualnym i odwołują się do nadprzyrodzonych mocy.
Dlatego czysto fizjologiczny fakt dojrzewania jest najpierw interpretowany społecznie nawet tam, gdzie kładzie się na niego szczególny nacisk. Ale przegląd rytuałów okresu dojrzewania wyjaśnia inny jeszcze fakt, a mianowicie, że proces dojrzewania jest fizjologicznie sprawą różną w życiu mężczyzny i kobiety. Gdyby jego znaczenie kulturowe postępowało za znaczeniem fizjologicznym, wówczas rytuały związane z tym okresem byłyby u dziewcząt podkreślone silniej niż u chłopców, ale tak nie jest. Rytuały te podkreślają następujący fakt społeczny: prerogatywy dorosłych mężczyzn w każdej kulturze sięgają dalej niż prerogatywy kobiet i w rezultacie, jak w powyższych przykładach, społeczeństwa bardziej zwracają uwagę na ten okres u chłopców niż u dziewcząt.
Jednakże, w pewnych plemionach, dojrzewanie chłopców i dziewcząt może być celebrowane w identyczny sposób. Tam, gdzie te rytuały stanowią magiczną zaprawę do wszystkich zajęć, jak to ma miejsce w Kolumbii Brytyjskiej, dziewczęta poddawane są próbom na tych samych warunkach, co chłopcy. Chłopcy staczają kamienie z gór i pędzą za nimi w doliny, by zdobyć umiejętność szybkiego biegania, lub rzucają kijami używanymi w grach hazardowych, by zdobyć w nich szczęście. Dziewczęta zaś przynoszą wodę z oddalonych źródeł lub wrzucają sobie kamienie za suknie,
aby ich dzieci mogły rodzić się równie łatwo, jak kamienie te spadają na ziemię.
Również w plemieniu Nandi w rejonie jezior w Afryce Wschodniej obrzędy związane z okresem dojrzewania dotyczą tak samo dziewcząt jak i chłopców, chociaż ze względu na dominującą w tej kulturze rolę mężczyzny kładzie się większy nacisk na ćwiczenia przygotowawcze chłopców niż dziewcząt. Tu rytuały okresu dojrzewania są ciężką próbą, której ci, co już zostali przyjęci do grona dorosłych, poddają tych, których teraz zmuszeni są przyjąć. Rytuały te wymagają pełnego stoicyzmu w obliczu wymyślnych tortur połączonych z obrzezaniem. Rytuały obydwojga płci celebrowane są oddzielnie, ale według tego samego wzoru. W obu przypadkach nowicjusze odziewają się do ceremonii w stroje ukochanej lub ukochanego. W czasie operacji obserwuje się ich twarze, szukając na nich grymasu bólu, a nagrodę za odwagę wręcza z wielką radością kochanek, który wybiega naprzód, by otrzymać z powrotem swój strój. Zarówno dla dziewczyny, jak i dla chłopca rytuały te to wejście w nowy stan (w rozwoju seksualnym): chłopiec jest teraz wojownikiem i może zaślubić ukochaną, a dziewczyna jest odtąd uważana za pannę na wydaniu. Próby okresu dojrzewania stanowią dla obojga próbę przedmałżeńską, w której najwyższa nagroda przyznawana jest im przez kochanków.
Podstawą do takich rytuałów może być również dojrzewanie dziewcząt i mogą one nie obejmować wcale chłopców. Jednym z najbardziej naiwnych rytuałów tego rodzaju jest w Afryce Środkowej instytucja "domu tuczenia" dla dziewcząt. W rejonie, gdzie piękność kobiecą utożsamia się niemal całkowicie z otyłością, dziewczyna w okresie dojrzewania zostaje odosobniona niekiedy na lata, jest karmiona słodyczami i tłustymi potrawami, nie pozwala się jej na wykonywanie żadnych czynności, a ciało jej naciera stale olejkami. W tym okresie uczy się swych przyszłych obowiązków, a odosobnienie kończy się popisem jej tuszy, po czym wydana zostaje za dumnego z niej pana młodego. Nie uważa się za konieczne, aby mężczyzna przed małżeństwem zyskiwał urodę w podobny sposób.
Przyjęte wyobrażenia związane z obrzędami okresu dojrzewania dziewcząt i nie rozciągane na chłopców, to wyobrażenia dotyczące menstruacji. Nieczystość miesiączkującej kobiety jest pojęciem nader rozpowszechnionym, a w paru rejonach pierwszą menstruację uczyniono ośrodkiem wszystkich związanych z nią postaw. W tych przypadkach rytuały okresu dojrzewania mają całkowicie odmienny charakter od tych, o jakich mówiliśmy dotychczas. Wśród Indian Carrier w Kolumbii Brytyjskiej lęk i obawa dziewcząt przed okresem dojrzewania osiągnęły swój najwyższy stopień. Trzy czy cztery lata odosobnienia dziewczyny nazywano "pogrzebaniem za życia", przez cały ten czas żyła ona samotnie na pustkowiu, w szałasie, z dala od uczęszczanych szlaków. Stanowiła groźbę dla każdego, kto choćby tylko spojrzał na nią i już sam jej ślad kalał ścieżkę czy rzekę. Na głowie nosiła ona garbowaną skórę, która przykrywała jej twarz i piersi, a z tyłu sięgała aż do ziemi. Przeguby rąk i nóg okręcone miała przepaskami, mającymi chronić ją przed złym duchem, który w niej przebywał. Sama była w niebezpieczeństwie i stanowiła źródło niebezpieczeństwa dla innych ludzi.
Obrzędy okresu dojrzewania dziewcząt, oparte na wyobrażeniach związanych z menstruacją łatwo zmieniają się w coś - z punktu widzenia zainteresowanej jednostki - wręcz odwrotnego. Istnieją zawsze dwa możliwe aspekty tego, co święte: może być ono źródłem niebezpieczeństwa lub też źródłem błogosławieństwa. W niektórych plemionach pierwsze menstruacje dziewcząt uważane są za nadprzyrodzone błogosławieństwo. U Apaczów widziałam, jak sami kapłani przechodzili na kolanach przed stojącymi w uroczystym rzędzie dziewczętami, by otrzymać od nich błogosławieństwo, którego udzielały dotknięciem ręki. Podchodziły też do nich wszystkie dzieci i starcy pragnący uzdrowienia z choroby. Dojrzewających dziewcząt nie oddziela się jako źródła niebezpieczeństwa, lecz przeciwnie, zabiega o ich względy,
traktując je jako bezpośrednie źródło nadprzyrodzonego błogosławieństwa. Ponieważ wyobrażenia tkwiące u źródeł rytuałów okresu dojrzewania dziewcząt są zarówno u Indian Carrier, jak u Apaczów oparte na wierzeniach dotyczących menstruacji, nie obejmują one chłopców, toteż w okresie dojrzewania poddaje się ich jedynie prostym próbom mającym dowieść męskości.
Tak więc zachowanie dojrzewającej młodzieży, nawet dziewcząt, nie zostało podyktowane jakąś cechą fizjologiczną charakterystyczną dla tego okresu, lecz raczej społecznie ustalonym względem na małżeńskie lub magiczne wymogi. Wierzenia te w jednym plemieniu czyniły z dojrzewania rzecz pogodnie religijną i zbawienną, a w innym tak niebezpiecznie nieczystą, że znajdująca się w tym okresie dziewczyna musiała wydawać ostrzegawcze okrzyki, by inni ludzie mogli uniknąć spotkania z nią w lesie. Dojrzewanie dziewcząt może być również, jak widzieliśmy, zjawiskiem z którego kultura nie czyni rytuału. Nawet tam, gdzie, jak na przykład w Australii, dojrzewanie chłopców traktuje się w sposób bardziej wyrafinowany, zdarza się, że rytuały te stanowią wprowadzenie do stanu męskiego i do współudziału w sprawach plemienia, podczas gdy dojrzewanie dziewcząt przechodzi bez formalnego uznania jakiegokolwiek rodzaju.

Jednakże fakty te ciągle jeszcze nie dają odpowiedzi na zasadnicze pytanie. Czy nie wszystkie kultury muszą dawać sobie radę z naturalnymi zaburzeniami tego okresu, jeśli nawet nie znajduje ona wyrazu w jakichś rytualnych praktykach? Dr Margaret Mead badała ten problem na Samoa . W tym rejonie życie dziewczyny dzieli się na wyraźnie oddzielone od siebie okresy. Pierwsze lata po wyjściu z dzieciństwa spędza w małych grupkach swoich rówieśniczek z sąsiedztwa, z których chłopcy są zupełnie wyłączeni. Zakątek wioski, gdzie mieszka, stanowi dla niej centrum świata, a chłopców uważa za odwiecznych wrogów. Ma tylko jeden obowiązek, a mianowicie opiekowanie się jakimś niemowlęciem, ale raczej zabiera je ze sobą, niż zajmuje się nim w domu, i nie krępuje jej ono wcale w zabawach. Na kilka lat przed okresem dojrzewania, kiedy jest na tyle silna, by podołać trudniejszym zadaniom, których się od niej żąda, i dostatecznie duża, by nauczyć się czynności wymagających większej umiejętności, grupa dziewczynek, w której wzrastała, przestaje dla niej istnieć. Dziewczyna wkłada strój dorosłej kobiety i musi brać udział w pracy domowej. Jest to dla niej ciekawszy okres życia, przebiegający zupełnie spokojnie. Okres dojrzewania nie przynosi żadnej zmiany w jej życiu.
W kilka lat po dojściu do pełnoletności zaczynają się dla niej miłe lata przypadkowych i nie wiążących jej niczym przygód miłosnych, które przedłuża tak długo, jak tylko się da, do czasu, kiedy małżeństwo uważa się już za rzecz stosowną. Samego okresu dojrzewania nie charakteryzuje społeczne uznanie, zmiana postawy obecnej czy perspektyw. Jej nieśmiałość z lat poprzedzających ów okres trwa jeszcze przez kilka lat. Życie dziewczyny na Samoa kształtują inne względy niż jej fizjologiczna dojrzałość, a okres dojrzewania jest okresem szczególnie nieskrępowanym i spokojnym, bez żadnych młodzieńczych konfliktów. Może on przebiec nie tylko bez żadnych rytuałów, ale może także nie mieć ani żadnego znaczenia w emocjonalnym życiu dziewczynki, ani w stosunku wsi wobec niej.
Wojna to drugi temat społeczny, który może być wykorzystany lub nie w danej kulturze. Tam, gdzie wojna odgrywa ważną rolę, może ona mieć różnorakie cele, różnoraką organizację i różnorakie sankcje. Wojna może być, jak na przykład u Azteków, sposobem zdobywania jeńców na ofiary religijne. Ponieważ Hiszpanie walczyli, by zabijać, w rozumieniu Azteków łamali prawidła gry. Aztekowie cofali się w konsternacji i Cortez wszedł jako zwycięzca do ich stolicy.
Istnieją jeszcze bardziej dziwaczne - z naszego punktu widzenia - pojęcia związane z wojną w różnych częściach świata. Dla naszych celów wystarczy zwrócić uwagę na te rejony, gdzie nie stwarza się zorganizowanych form wzajemnej rzezi grup społecznych. Nasza znajomość wojny pozwala nam pojąć, że w stosunkach wzajemnych plemion stan wojenny winien przeplatać się ze stanem pokoju. Ta idea jest na świecie, oczywiście, dość rozpowszechniona. Ale z jednej strony pewne ludy nie są w stanie zrozumieć możliwości istnienia stanu pokoju, który w ich pojęciu równałby się przyjęciu wrogich plemion do kategorii istot ludzkich, jakimi ex definitione nie są, chociaż wyłączone z tej kategorii plemię może reprezentować te same co i one i rasę, i kulturę. Z drugiej zaś strony, dla pewnych ludów czymś nie do pojęcia jest stan wojny. Rasmussen opowiada o całkowitym niezrozumieniu, z jakim u Eskimosów spotkało się wyjaśnienie naszych obyczajów. Eskimosi bardzo dobrze rozumieją akt zabicia człowieka. Jeśli wejdzie ci w drogę, oceniasz własne możliwości i o ile czujesz się na sitach, zabijasz go. "Jeśli jesteś silny, nie czekają cię żadne społeczne sankcje. Ale obca im jest myśl, że jakaś eskimoska wieś może wystąpić w szyku bojowym przeciwko innej wsi lub plemię przeciwko plemieniu czy nawet myśl, że inna wieś może uznać za uczciwą wojnę z zasadzkami". Wszelkie morderstwo rozpatrywane jest na jednej płaszczyźnie i nie rozpatrywane, jak u nas, w różnych kategoriach, z których jedne uważane są za chwalebne, a inne za przestępcze, zasługujące na karę śmierci.
Ja sama próbowałam rozmawiać o wojnie z Indianami Misyjnymi z Kalifornii, ale okazało się to niemożliwe. Ich niezrozumienie samego pojęcia było wręcz wyjątkowe. We własnej kulturze nie mieli niczego, na czym mogłoby się ukształtować pojęcie wojny, a próby zrozumienia sprowadzały wielkie wojny, którym my potrafimy poświęcać się z całym zapałem, do poziomu bójek ulicznych. Nie mieli wzoru kulturowego, na którego podstawie można by wprowadzić rozróżnienie pomiędzy tymi dwoma pojęciami.
Nawet biorąc pod uwagę ogromne miejsce, jakie wojna zajmuje w naszej cywilizacji, zmuszeni jesteśmy przyznać, że jest ona zjawiskiem aspołecznym. W chaosie, który nastąpił po wojnie światowej, wszelkie argumenty z okresu wojennego, które podkreślały, że podsyca ona odwagę, altruizm i rozwija inne wartości duchowe, mają ton fałszywy i wstrętny. Wojna w naszej cywilizacji jest najlepszą ilustracją rozmiarów zniszczenia, do których może doprowadzić rozwój wyselekcjonowanej kulturowo cechy. Jeśli usprawiedliwiamy wojnę, to dlatego, że ludzie zawsze usprawiedliwiają te cechy, które w nich dominują, a nie dlatego, że wojna wytrzyma próbę obiektywnego zbadania jej dobrych stron.
Wojna nie jest przypadkiem odosobnionym. Przykłady nadmiernego, a często aspołecznego rozwinięcia tej cechy kulturowej znaleźć można w każdej części świata i we wszystkich, tak różnych dziedzinach kultury. Przypadki te mają najwyraźniejszy charakter tam, gdzie - jak na przykład w przepisach dotyczących pożywienia czy związków małżeńskich - tradycyjna praktyka sprzeciwia się popędom biologicznym. Organizacja społeczna w antropologii ma całkiem szczególne znaczenie dzięki podkreślaniu, w obrębie jakich grup krewnych małżeństwo jest zabronione. Żadne ze znanych plemion nie uważa wszystkich kobiet za możliwe partnerki. I nie chodzi tu, jak się często przypuszcza, o zapobieżenie rozmnażaniu się w obrębie grupy w naszym rozumieniu tego terminu, na dużych bowiem obszarach świata tą, która jest przeznaczona z góry do małżeństwa, bywa własna kuzynka, często córka brata matki. Krewni, do których stosuje się zakaz, bywają całkowicie różni u różnych ludów, ale wszystkie społeczeństwa ludzkie są podobne w tym, że nakładają jakieś ograniczenia. Żadna idea nie była opracowywana tak nieustannie i tak drobiazgowo jak idea kazirodztwa. Grupy kazirodcze są często najważniejszymi jednostkami funkcjonującymi w plemieniu, a obowiązki jednostki względem innych określa jej pozycja w tej grupie. Grupy te działają w czasie obrzędów religijnych i w okresach wymiany towarów i nie można przesadzić w podkreślaniu roli, jaką odegrały w historii społecznej.
W niektórych rejonach tabu kazirodztwa traktowane jest z umiarem. Wbrew ograniczeniom może istnieć spora liczba kobiet, które mężczyźni mogą pojąć za żony. W innych rejonach grupa objęta tabu rozrosła się pod wpływem konwencji społecznych tak dalece, że obejmuje ogromną liczbę jednostek, które nie mają wspólnych przodków, toteż w rezultacie ich możność wyboru partnera jest niezmiernie ograniczona. Te konwencje znajdują niedwuznaczny wyraz w terminach używanych do określenia stosunków pokrewieństwa. Zamiast dzielić krewnych na tych z linii prostej i bocznej, jak my to robimy, rozróżniając ojca i wuja, brata i kuzyna, jeden termin oznacza u nich dosłownie "człowieka z grupy i pokolenia" mego ojca (pokrewieństwo, miejscowość itp.), nie rozróżniając linii prostej i bocznej, ale czyniąc inne, obce nam, rozróżnienia. Pewne plemiona w Australii wschodniej stosują skrajną formę tego tzw. klasyfikacyjnego systemu pokrewieństwa. Braćmi i siostrami nazywają wszystkich ze swego pokolenia, których uważają za krewnych. Nie ma tam określenia kuzyna ani jakiegoś podobnego; wszyscy krewni z danego pokolenia są siostrami i braćmi.
Ten sposób ustalania pokrewieństw jest dość rozpowszechniony na świecie, ale Australia ma w dodatku niesłychaną odrazę przed małżeństwem z siostrami i niesłychanie rozwinięte ograniczenia egzogamiczne. Kumajowie, z ich skrajnym klasyfikacyjnym systemem pokrewieństw, czują iście australijską odrazę do stosunków płciowych ze wszystkimi "siostrami", to jest kobietami z własnego pokolenia, które w jakikolwiek sposób są z nimi spokrewnione. Poza tym, Kumajowie posiadają ścisłe lokalne reguły wyboru partnerki. Niekiedy dwa zgrupowania pośród piętnastu czy szesnastu składających się na plemię muszą wymieniać kobiety i nie mogą dobierać żon w żadnej innej grupie. Czasami istnieje zgrupowanie dwóch czy trzech jednostek lokalnych, które może dokonać takiej wymiany z dwoma czy trzema innymi. Co więcej, jak to ma miejsce w całej
Australii, starcy stanowią grupę uprzywilejowaną i ich przywileje obejmują prawo poślubiania młodych i atrakcyjnych dziewcząt. Rezultatem owych reguł jest oczywiście to, że we wszystkich grupach lokalnych, które muszą skutkiem ścisłego przepisu dostarczyć żonę młodemu mężczyźnie, nie ma dziewczyny, której nie obejmowałoby jedno z tych tabu. Albo jest przez pokrewieństwo z matką mężczyzny jego "siostrą", albo przeznaczona została jakiemuś starcowi, albo też z innej, mniej ważnej przyczyny małżeństwo z nią jest temu mężczyźnie wzbronione .
Nie skłania to Kumajów do reformy ich egzogamicznych zasad. Obstają przy nich gwałtownie. Dlatego jedyny sposób, w jaki zazwyczaj mogą się żenić, polega na pogwałceniu przepisów. Porywają upatrzone dziewczęta i uciekają z nimi. Kiedy tylko wieś dowie się, że jakaś dziewczyna została porwana, rusza w pogoń i jeśli schwyta uciekającą parę, zabija oboje. Nie ma znaczenia fakt, że być może wszyscy ścigający zdobyli swe żony w ten sam sposób, to jest przez porwanie i ucieczkę. Oburzenie moralne nie ma granic. Istnieje jednakże pewna wyspa, tradycyjnie uznawana za bezpieczną przystań, i jeśli uciekająca para dotrze do niej i pozostanie tam aż do narodzin dziecka, zostaje przyjęta ponownie - wśród gradu ciosów, co prawda - ale tym razem może się bronić. Kiedy zostaną już przepędzeni przez rózgi i tęgo pobici, uzyskują w plemieniu pozycję małżeństwa.

Kumajowie rozstrzygają dylemat swojej kultury w sposób bardzo charakterystyczny. Rozbudowali i skomplikowali pewien szczególny aspekt zachowania tak, że stał się zobowiązaniem społecznym. Muszą go albo zmodyfikować albo radzić sobie z nim za pomocą wybiegu. Używają więc wybiegu. Unikają zniweczenia go i oficjalnie zachowują swą etykę bez zmian. Takie podejście do obyczajów bynajmniej nie zamknęło z postępem cywilizacji. Starsze pokolenie naszej cywilizacji także przestrzegało monogamii i popierało prostytucję, a panegiryki na cześć monogamii nigdy nie byty tak żarliwe jak w wielkich dniach dzielnic domów z czerwonymi latarniami. Społeczeństwa zawsze usprawiedliwiają ulubione tradycyjne formy. Kiedy wymykają się kontroli i pojawia się jakaś dodatkowa cecha zachowania, formę tradycyjną chwali się, choć nieszczerze, tak gorąco, jak gdyby ów rys dodatkowy wcale nie istniał.
Ten ogólny przegląd form kulturowych wyjaśnia kilka potocznych, a błędnych pojęć dotyczących owych form, Przede wszystkim instytucje, które zostały zbudowane przez kultury ludzkie na przestankach dostarczonych przez środowisko lub potrzeby fizyczne człowieka, nie pozostają w takim bliskim związku z pierwotnym impulsem, jak to sobie łatwo wyobrażamy. Przestanki te są w rzeczywistości tylko pobieżnymi szkicami, wykazem nagich faktów. Wyznaczają jedynie możliwości potencjalne, a opracowanie ich podyktowane jest wieloma ubocznymi względami. Wojna nie jest wyrazem instynktu wojowniczości. Wojowniczość jest tak drobnym szczegółem w wyposażeniu duchowym człowieka, że może nie znaleźć żadnego wyrazu w stosunkach międzyplemiennych. Kiedy przybiera formę zorganizowaną, forma ta rozwija się wedle innych kierunków myślenia niż te, którymi kierował się impuls pierwotny. Wojowniczość nie jest niczym więcej jak tylko cechą samego jądra zwyczaju, cechą, która równie dobrze mogłaby nie istnieć.
Taki pogląd na procesy kulturowe domaga się zmiany wielu powszechnie używanych argumentów podtrzymujących nasze tradycyjne instytucje. Argumenty te opierają się zazwyczaj na niemożliwości działania ludzkiego bez tych szczególnych, tradycyjnych form. Nawet cechy bardzo szczególne uzyskują sankcję tego rodzaju, jak na przykład specjalna forma dążeń ekonomicznych, która powstaje w naszym określonym systemie własności. Jest to godna uwagi, szczególna motywacja i istnieją dowody, że nawet w naszym pokoleniu ulega poważnej modyfikacji. W każdym razie nie powinniśmy zaciemniać tego problemu, traktując go tak, jak gdyby to była sprawa wartości związanych z biologiczną egzystencją. Samowystarczalność jest motywem, który odgrywa dużą rolę w naszej cywilizacji. Jeśli struktura gospodarcza zmieni się, tak że motyw ten przestanie być impulsem równie silnym, jak w walkach epoki pogranicza i rozwoju przemysłu, to pozostanie wiele innych motywów, które można by przystosować do zmienionej organizacji ekonomicznej.

Każda kultura, każda epoka wykorzystuje tylko kilka spośród wielu możliwości. Zmiany mogą być bardzo niepokojące i powodować wielkie straty, ale przyczyną tego jest sama trudność dokonania zmiany, a nie to, że nasza epoka i kraj natrafiły na jedyną możliwą motywację, zgodnie z którą może się toczyć życie ludzkie. Musimy pamiętać o tym, że zmiana wraz ze wszystkimi łączącymi się z nią trudnościami jest nie do uniknięcia. Nasze obawy przed bardzo małymi nawet zmianami zwyczaju na ogół nie mają sensu. Cywilizacja mogłaby ulec o wiele bardziej radykalnej zmianie, niżby to odpowiadało chęci czy wyobraźni jakiejkolwiek władzy, a mimo to funkcjonowałaby sprawnie. Niewielkie zmiany, które dają dziś okazję do tylu krytyk, jak wzrost liczby rozwodów, zwiększająca się laicyzacja w naszych miastach, oddziaływanie demagogii i wiele innych, mogłyby zostać bardzo łatwo przyjęte w trochę innym wzorze kultury. Uświęcone tradycją uzyskałyby to samo bogactwo treści, to samo znaczenie i wartość, które stare wzory miały w innych pokoleniach.
Istotą rzeczy jest raczej to, że na każdym poziomie prostej czy złożonej kultury istnieje wiele możliwych instytucji i motywów ludzkich, a mądrość polega na zwiększaniu tolerancji wobec ich rozbieżności. Nikt nie może w pełni uczestniczyć w jakiejś kulturze, jeśli nie został w niej wychowany i nie żyt zgodnie z jej zasadami, ale należy uznać, że inne kultury mają to samo znaczenie dla swych uczestników, jakie nasza własna ma dla nas.
Różnorodność kultury wynika nie tylko z łatwości, z jaką społeczeństwa opracowują lub odrzucają możliwe aspekty egzystencji. W jeszcze większym stopniu zawdzięczamy ją skomplikowanemu splotowi cech kulturowych. Ostateczna forma każdej instytucji tradycyjnej, jak przed chwilą powiedzieliśmy, wykracza daleko poza początkowy impuls ludzki. Ta ostateczna forma zależy w dużej mierze od sposobu, w jaki dana cecha zmieszała się z innymi, pochodzącymi z odmiennych dziedzin doświadczenia.
Jakaś szeroko rozprzestrzeniona cecha może być u danego ludu przesycona wierzeniami religijnymi i funkcjonować jako istotny aspekt jego religii. W innym rejonie może ona zgolą należeć do dziedziny wymiany towarowej i tym samym stanowić aspekt stosunków monetarnych tamtego ludu. Możliwości te są nieskończone, a ich zastosowania często niezwykle. Charakter cechy kulturowej będzie zupełnie różny w różnych rejonach, zależnie od elementów, które się na nią składają.

Jest rzeczą ważną wyraźne uświadomienie sobie tego procesu, w przeciwnym bowiem razie ulegamy łatwo pokusie generalizowania, uznając rezultaty lokalnego mieszania się cech za prawo socjologiczne albo ich połączenie za zjawisko powszechne. Długi okres dziejów europejskich sztuk plastycznych inspirowany byt motywami religijnymi. Sztuka przetwarzała w obrazy sceny religijne i dogmaty podstawowe dla poglądów tego okresu. Współczesna estetyka europejska byłaby zupełnie inna, gdyby sztuka średniowieczna pozostała czysto dekoracyjna i nie związała się z religią.
W toku dziejów wielkie nurty w sztuce pozostawały często wyraźnie z dala od motywów religijnych i użytku religijnego. Sztuka może być całkowicie oddzielona od religii nawet tam, gdzie obie są wysoko rozwinięte. W pueblach na południowym zachodzie Stanów Zjednoczonych formy artystyczne ceramiki i tkanin budzą szacunek artystów każdej kultury, ale tamtejsze naczynia obrzędowe, używane przez kapłanów czy wystawiane na ołtarzach, są tandetne, a ozdoby prymitywne i pozbawione stylu. Jak wiadomo, muzea odrzucały przedmioty kultu religijnego z południowego zachodu, ponieważ stały one o wiele niżej od tradycyjnego poziomu wykonania. "Musimy umieścić tam żabę", powiadają Indianie Zuni, mając na myśli, że wymogi religijne powinny eliminować troskę o artyzm. Ten rozdział religii i sztuki nie jest jedynie cechą Indian Pueblo. Plemiona Ameryki Południowej i Syberii czynią to samo, chociaż motywacja jest inna. Nie wykorzystują one swych talentów artystycznych w służbie religii. Dlatego zamiast doszukiwać się źródeł sztuki w posiadającej lokalne znaczenie religii, jak to niekiedy robili dawni krytycy sztuki, powinniśmy raczej zbadać, w jakim stopniu sztuka i religia przenikają się nawzajem oraz jakie wynikają konsekwencje z tego rodzaju przenikania.
Przenikanie się różnych dziedzin doświadczenia i wynikająca stąd wzajemna modyfikacja widoczna jest we wszystkich dziedzinach bytu: w gospodarce, w związkach seksualnych, w folklorze, w kulturze materialnej i w religii. Proces ten można zilustrować na przykładzie jednej z najbardziej rozpowszechnionych cech religii Indian Ameryki Północnej. Na całym kontynencie, na każdym obszarze kulturowym poza rejonem pueblów na południowym zachodzie, siła nadprzyrodzona spływa we śnie lub w wizji. Zgodnie z tymi wierzeniami powodzenie w życiu zawdzięcza się osobistemu kontaktowi z czynnikami nadprzyrodzonymi. Wizja dawała człowiekowi moc na całe życie, a w niektórych plemionach odnawiał on stale swój osobisty związek z duchami, poprzez dalsze wierzenia i wizje. Cokolwiek ujrzał - zwierzę, gwiazdę, roślinę czy istotę nadprzyrodzoną - stawał się osobistym protegowanym swego opiekuna i mógł wzywać go w potrzebie. Miał też do spełnienia wobec tego wizyjnego patrona obowiązki, musiał składać mu dary i wywiązywać się ze świadczeń wszelkiego rodzaju. W zamian za to duch dawał mu szczególną moc, obiecaną w czasie wizji.
W każdym większym rejonie w Ameryce Północnej kompleks ducha-opiekuna przyjmował różną formę w zależności od innych cech kultury, z którą byt najściślej związany. Na Wyżynie Kolumbijskiej łączył się on z obrzędami związanymi z okresem dojrzewania, o których mówiliśmy wyżej. W plemionach tego obszaru, zarówno chłopcy, jak dziewczęta udawali się w tym okresie w góry celem przejścia przez magiczne ćwiczenia. Obrzędy związane z dojrzewaniem są szeroko rozpowszechnione na całym wybrzeżu Pacyfiku i w większości przypadków nie mają nic wspólnego z praktykami duchów opiekuńczych. Ale w Kolumbii Brytyjskiej łączą się ze sobą. Punktem szczytowym magicznych ćwiczeń w okresie dojrzewania u chłopców było otrzymanie ducha opiekuńczego, który swymi darami określał życiowy zawód młodzieńca. Stawał się on wojownikiem, czarownikiem, myśliwym lub graczem, zależnie od tego, kim był nadprzyrodzony gość. Również dziewczęta otrzymywały swoje duchy opiekuńcze reprezentujące ich domowe obowiązki. Przeżycie, jakim jest otrzymanie ducha opiekuńczego, jest u tych ludów tak silnie związane z obrzędami okresu dojrzewania, że antropologowie, znający ów rejon, twierdzili, iż cały kompleks wizji, właściwych Indianom amerykańskim, ma swój początek w obrzędach związanych z okresem dojrzewania. Ale te dwa obrzędy nie są genetycznie związane, łączą się lokalnie i w związku z tym obie cechy przyjęty szczególne i charakterystyczne formy .
W innych częściach kontynentu ducha opiekuńczego nie szuka się w okresie dojrzewania, w ogóle nie szuka go młodzież plemienia. Kompleks ów nie ma w tych kulturach żadnego związku z rytuałem okresu dojrzewania, jeśli nawet rytuał taki istnieje. Na równinach południowych tymi, którzy muszą uzyskać sankcje mistyczne, są właśnie dojrzali mężczyźni. Kompleks wizji połączył się z rysem nader różniącym się od obrzędów okresu dojrzewania. Osagowie są zorganizowani w grupach krewnych, w których pochodzenie przedstawia się w linii ojca, pomijając linię matki. Te klanowe grupy mają wspólne dziedzictwo nadprzyrodzonego błogosławieństwa. Legenda każdego klanu opowiada o tym, jak jego przodek szukał wizji i został pobłogosławiony przez zwierzę, którego nazwę odziedziczył klan. Przodek klanu skójki, wśród łez płynących mu po twarzy, szukał siedem razy nadprzyrodzonego błogosławieństwa.
W końcu spotkał skójkę i odezwał się do niej w tej słowa:
Pradziadku Mali nie mają z czego zrobić swoich ciał.
Na co skójka odpowiedziała:
Powiadasz: mali nie mają z czego zrobić swoich ciał.
Zatem niech zrobią mali swoje ciała ze mnie.
Gdy mali zrobią swoje ciała ze mnie,
Będą żyć zawsze aż wejdzie w nich starość.
Obacz te zmarszczki na mej twardej skórze,
Dróżki, którymi starość we mnie weszła.
Gdy mali zrobią swoje ciała ze mnie,
Będą żyć zawsze aż na swoich skórach takowe znaki starości obaczą.
Siedem zakrętów rzeki życia za sobą już mam.
I bogowie sami nie mogą dojrzeć szlaku mych wędrówek.
Gdy mali zrobią swoje ciała ze mnie, Nikt, żaden bóg nawet nie zdoła dojrzeć śladu ich wędrówek.
U ludów tych występują wszystkie znane elementy poszukiwania wizji, ale osiągnął ją pierwszy przodek klanu, a jej błogosławieństwa dziedziczy cała grupa związana wspólną krwią.

Ta sytuacja u Osagów przedstawia jeden z najpełniejszych obrazów ze świata totemizmu, łączącego organizację społeczną ze czcią religijną dla przodka. Totemizm istnieje we wszystkich częściach świata i antropologowie twierdzą, że totem klanowy wywodzi się z "totemu osobistego", czyli ducha opiekuńczego. Sytuacja ta jest zupełnie analogiczna do sytuacji na płaskowyżu Kolumbii Brytyjskiej, gdzie poszukiwanie wizji połączyło się z rytuałami wieku dojrzewania, tyle że tutaj połączyło się ono z dziedzicznymi przywilejami klanu. Ten nowy związek stal się tak silny, że nie uważa się już, że wizja nadaje automatycznie moc człowiekowi. Jej błogosławieństwa osiąga się tylko przez dziedziczenie. U Osagów powstały długie